Serwis zawieszony do odwolania. Jesli chcesz pomoc - daj znac na scooly@jaggedalliance.pl
Forum dyskusyjne poświęcone serii

JAGGED ALLIANCE



Nawigacja: « Poprzedni temat | Następny temat »

"Organizacja" - seria odcinkowa
Autor Wiadomość
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-13, 13:37

Po misjach na terenie Arulco oraz Tracony Association of International Mercainers już nie tylko oferuje usługi najemników-stałych członków, ale również pośredniczy w zatrudnianiu mniej znanych, początkujących zabójców.
W roku 2001 jej nowym szefem zostaje Earl "Magic" Walker, a żywa legenda Gus Turballs odchodzi na emeryturę bez słowa wyjaśnienia.
W tym samym czasie planowany jest zamach na życie prezydenta Liberii Charlesa Taylora, jednak siły rządowe nie mogą mu zapobiec, gdyż podejrzewają, że za organizacją tego przedsięwzięcia stoi bardzo wpływowa osoba zza granicy, zapewne obywatel Stanów Zjednoczonych lub Europy Zachodniej. Oskarżony o ludobójstwo i zbrodnie wojnne prezydent nie ma możliwości działania na arenie międzynarodowej, a jego służby wywiadowcze zajęte są niszczeniem działalności opozycyjnej w kraju. Rząd Liberii zwraca się o pomoc w zidentyfikowaniu osób planujacych zamach stanu do A.I.M.
Najemników wysłanych do Liberii czeka zadanie odpowiedniejsze dla Jamesa Bonda niż dla Rambo czy więc uda im się rozwiązać tą zagadkę i zabić człowieka finansującego zamach na głowę afrykańskiego państwa nim będzie za późno? Może się to okazać niezwykle trudne, gdyż ktoś systematycznie zabija członków Międzynarodowej Organizacji Najemników...

Pierwszy odcinek ukaże się już niedługo na forum Jagged Alliance Center, Liberate Arulco oraz Best Forum.
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-15, 13:55

Wersja czytalniejsza niż ta w formie postu

9 sierpnia 2001
Londyn, Wielka Brytania


Stephen Rothman należał do mężczyzn lubiących samochody i kobiety – najlepiej jeśli, zarówno pierwsze jak i drugie, były tak piękne, jak i szybkie. Nie można jednak o nim było powiedzieć, że za kierownicą stawał się drogowym szaleńcem, wariatem zagrażającym nie tylko sobie, ale i pozostałym uczestnikom ruchu, a w łóżku jakimś niewyżytym zboczeńcem. Choć je uwielbiał, uważał, że nie ma nic bardziej zabójczego od szybkich samochodów i łatwych kobiet. Biorąc pod uwagę jego zawód, słowo „zabójczego” nabierało raczej ironicznego zabarwienia.
Stephen był płatnym mordercą.
Właściwie wolał, aby ludzie nazywali go najemnikiem, żołnierzem na zlecenie lub, ewentualnie, bardziej kolokwialnie spluwą do wynajęcia. Doskonale wiedział, że jest jednym z najlepszych w swoim fachu, potrafił zabić zarówno przy użyciu najwymyślniejszej broni palnej jak i mając do dyspozycji wyłącznie własne ręce. Choć preferował pojedyncze zlecenia na konkretne osoby to nie odmawiał wzięcia udziału w akcjach na szerszą skalę, czasem o charakterze wręcz paramilitarnym. Największą taką akcją w historii Organizacji była oczywiście ta na terenie Arulco, a w której brał udział od początku do końca, od lądowania w opanowanej przez rebeliantów Omercie do dramatycznej walki w pałacu, przylegających mu ogrodach i schronie królowej Deidranny w Medunie, stolicy państwa.
Dzięki tej wojence, oprócz całkiem niezłej płynności finansowej, zdobył bezcenne doświadczenie i zdolności, które pozwoliły mu na wstęp do najwyższej ligi płatnych zabójców, ligi gdzie wszyscy walczą o miano tego najskuteczniejszego, najlepszego. Zupełnie jakby były to rozgrywki sportowe.
W ostatnim tygodniu nie miał czasu ani dla swojego porsche, ani dla poznanej niecałe dwa miesiące temu kochanki, która na marginesie chyba zaczynała go już nużyć. W dodatku niezadowolona, że nie poświęca jej uwagi, za jego nieopatrznym pozwoleniem, poczęła systematycznie opróżniać jego kartę kredytową w Harrodsie. Oczywiście nie mógł jej powiedzieć, że to zaniedbanie wynika z niezwykle prostej przyczyny – Stephen od czterech dni przygotowywał się do wykonania wyroku na pewnym niemieckim bankierze – Arnoldzie Schwarzu, który akurat wizytował londyńską filię banku, w którym pracował. Natomiast same spotkania „wstępne” z zleceniodawcą odbyły się już ostatniego dnia lipca.
Stephen bez problemu ustalił, że mężczyzna zatrzymał się w Hiltonie, gdyż wiedział którym samolotem człowiek ten ma przylecieć do Londynu i mógł go śledzić od samego Hethrow aż do hotelu. Numer pokoju, w którym jego cel się zatrzymał ustalił najprostszym i najstarszym chyba sposobem. Dzień po przylocie Schwarza wszedł do głównego holu, gdzie siedząc na wygodnym fotelu, poczekał aż Niemiec zejdzie na dół. Kiedy to nastąpiło po prostu wstał i, przechodząc obok recepcji w momencie, gdy tamten oddawał klucz do pokoju, rzucił tylko okiem na miejsce, w które portier go odwiesił.
Następnego dnia, ale na innej zmianie – na wypadek, gdyby recepcjonista jakimś cudem go skojarzył, sam zameldował się w Hiltonie, jednak jedno piętro wyżej. Oczywiście podał nieprawdziwe nazwisko.
Chwycił nóż w prawą rękę i posmarował grzankę dżemem. Jako datę wykonania zadania wyznaczył sobie dziewiątego sierpnia i właściwie nic nie wskazywało na to, że miałby tego nie zrobić dzisiaj. Na razie w hotelowej jadalni pochłaniał sporych rozmiarów śniadanie, popijając je kawą, czytał Financial Timesa i oczywiście cały czas wypatrywał Schwarza, który jak co dzień pojawił się prawie dokładnie o 9.15. Stephen wiedział, że zjedzenie posiłku oraz wypicie kawy zajmie Niemcowi około dwudziestu minut, po czym Schwarz wróci do siebie do pokoju. Jak w takiej sytuacji nie mówić, że rutyna zabija?


Wyspa Gary’ego, Filipiny

Association of International Mercainers, zwana potocznie Organizacją, zrzeszała „spluwy do wynajęcia” z całego świata. Stałe miejsce w jej szeregach zajmowało pięćdziesięciu trzech najemników, a pośredniczyła w „zatrudnieniu” ponad stu innych, mniej znanych zabójców, którzy jeszcze nie zasłużyli na miano „stałego członka”, aczkolwiek stanowili obiecujący materiał w oczach szkoleniowców i łowców talentów A.I.M.
Organizacja, oprócz najemników, zatrudniała liczny personel cywilny – lekarzy, techników do obsługi śmigłowców czy statków będących w jej posiadaniu oraz pracowników Kalifornijskiego Towarzystwa Weteranów Wojennych, Kanadyjskiej Szkoły Przetrwania oraz Filipińskiego Raju dla Zdrowia i Umysłu stanowiących całkiem dobry kamuflaż dla prawdziwej działalności A.I.M. Oczywiście większość personelu cywilnego nie miała pojęcia dla kogo naprawdę pracuje, ale zajmowała się tym czym te przykrywki zajmować się powinny.
Na jednej z niewielkich wysp Archipelagu Filipińskiego znajdował się ośrodek Organizacji, w którym jej członkowie mogli po trudnej akcji wracać do formy, leczyć rany czy po prostu odpocząć. Często odbywały się tutaj szkolenia w dziedzinach przydatnych na polu walki czy przy okazji tych „zwykłych” zabójstw, niczym nie przypominających akcji paramilitarnych. Co roku, w lipcu, praktycznie wszyscy stali członkowie A.I.M. spotykali się na Wyspie Gary’ego, jak nazywali ośrodek, (od imienia Gary’ego Trusta, zarządcy tego miejsca) i przez cały miesiąc wspólnie spędzali wakacje.
Hans Yorgan, niski Amerykanin pochodzenia austriackiego, poprawił okulary w rogowej oprawie i spojrzał spode łba na nowego szefa Organizacji Earla Walkera. Wyraz twarzy kierownika kadr wskazywał raczej na złe wieści.
-Wczoraj pytałeś co się stało z tą piątką żółtodziobów (nie-stałych członków), którzy zostali zatrudnieni przez obecny rząd Liberii. – zaczął – Jak pamiętasz mieli znaleźć i zlikwidować osoby planujące zamach na prezydenta tego kraju, ale nim na dobre wzięli się za robotę sami zostali przez nich znalezieni, a potem zaś ciała naszych ludzi znalazła liberyjska policja... wszyscy oczywiście byli już martwi.
-Cholera! – Earl, były najemnik znany pod pseudonimem Magic uderzył dłonią w udo – To młodzi popełnili błąd w czasie namierzania wywrotowców czy te sukinkoty mają taki dobry wywiad?
-Po co pytasz, jeśli wiesz? – szef kadr wzruszył ramionami – To miał być dla nich swego rodzaju sprawdzian przed przyjęciem do grona naszych członków. Zadbaliśmy o to, żeby przybyli tam anonimowo. Rząd Liberii przydzielił im co prawda dwóch swoich ludzi do ochrony, a jednocześnie jako przewodników i tłumaczy, ale nie uwierzę, żeby tamci sami połapali się co się dzieje i rozpoznali rządowych agentów. Młodzi, kiedy już wpadli na trop musieli być niewystarczająco ostrożni.
-Wiedziałem, że wysyłanie amatorów tak się skończy, trzeba było wysłać kogoś ze stałych członków. Wtedy cel zostałby osiągnięty, a tak będziemy mieli kolejny zamach stanu w tym biednym kraju i dodatkową porażkę na koncie Organizacji.
-Earl, przecież wiesz, że my tylko pośredniczyliśmy. Rząd Liberii nie zdecydował się na naszą ofertę, ale chciał kogoś z zewnątrz. Ponieważ jesteśmy jedyną liczącą się na tym rynku firmą zwrócili się do nas o pomoc. Jednak jeszcze raz zaznaczam – nie chcieli nikogo od nas. My mamy dla nich zbyt wysokie stawki...
-Tak, tak... Czasem mam wrażenie, że Organizacja coraz bardziej przypomina developera czy pośrednika nieruchomości... – chwilę milczał myśląc o życiu piątki ludzi, którzy przy odrobinie szczęścia mogli dołączyć do elitarnego grona stałych członków A.I.M. po czym zapytał – Co teraz planują chłopcy z Monrowii? Pewnie nie są zachwyceni tym, że ktoś może na nich polować...
-Tak, tym bardziej, że udało się ustalić, że to ktoś, o wpływach znacznie większych niż rebelianci z lasu, próbuje zabić obecnego prezydenta Liberii. – Hans zatoczył ręką koło jakby chciał przez to pokazać rozmiar tych wpływów – Swoją drogą sam chętnie wysłałbym naszych ludzi, żeby pozbyli się Taylora, bo to on jest główną przyczyną niepokojów w państwie... Tylko, że za to nikt nam nie płaci...
-Na razie – przerwał mu Earl – Chciałeś powiedzieć, że na razie nikt nam za to nie płaci.
-Cóż, nie spodziewałbym się, żeby rebeliantów stać było na nasze usługi. – podniósł rękę w geście uciszenia, gdy zobaczył, że szef chce mu znów przerwać – Tak, wiem co chcesz powiedzieć. Arulco to była zupełnie inna sprawa, tam pieniądze otrzymali z zewnątrz. Poza tym, nasi ludzie wtedy mniej sobie liczyli. Prędzej bym się spodziewał, że Taylor rozbije skarbonkę i wynajmie kogoś z odpowiednim doświadczeniem, żeby zapobiec zamachowi na jego życie. – wzruszył ramionami – On chyba naprawdę obawia się, że jego ludzie mogą nie dać sobie rady.
-To może oznaczać dwie rzeczy. – Earl oparł się plecami o ścianę i założył ręce na piersi – Albo pan Taylor zdaje sobie sprawę z tego, że poluje na niego ktoś z naszej branży i wie, że tylko profesjonalista jest w stanie rozgryźć profesjonalistę, albo za przygotowaniem zamachu stoi ktoś spoza Liberii, gdzie wojska i policja tego kraju nie mogą spokojnie działać, więc i jemu potrzebny jest ktoś z zewnątrz.
-Dokładnie. Cóż pożyjemy, zobaczymy. – westchnął – Dzisiaj mamy dostać informację o decyzji rządu Liberii i dowiemy się czy będziemy kompletować zespół czy nie.

Londyn, Wielka Brytania

Schwarz był człowiekiem niewielkiego wzrostu, ale o stanowczo zbyt wielkiej wadze. Mimo to, według informacji uzyskanych przez Stephena, był nadzwyczaj sprawny, co wydawało się wręcz niemożliwe biorąc pod uwagę jego sylwetkę. Stephen nie miał zamiaru sprawdzać uzyskanych informacji w walce wręcz. Uznał, że do wykonania zadania najlepiej nada się pistolet z tłumikiem. Zabójstwo nie miało wyglądać na wypadek, więc nie musiał wyrzucać go przez okno i zostawiać jakiś listów pożegnalnych. Wystarczył strzał w głowę i siedemdziesiąt pięć tysięcy wyląduje na koncie w Szwajcarii.
Podszedł do pokoju zajmowanego przez Niemca, rozejrzał się wokół i spojrzał na światełka nad windą – na korytarzu nie było nikogo, nikt też nie jechał w kierunku tego piętra. Z kieszeni spodni wyciągnął wytrych i dość szybko sforsował prosty zamek w drzwiach. Jeszcze raz upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu i sięgnął do kabury ukrytej pod marynarką, z której wyciągnął pistolet z dokręconym tłumikiem. Ostrożnie uchylił drzwi i zajrzał do środka. Od razu usłyszał szum wody dochodzący z łazienki. Schwarz brał prysznic. Było to Rothmanowi na rękę, szybko wszedł do środka i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Zza otwartego okna usłyszał wyjące syreny policyjne, pewnie gdzieś zdarzył się wypadek. W dużych miastach trzeba się przyzwyczaić do tego dźwięku. Rozglądając się po sypialni stwierdził, że pokoju jeszcze nie odwiedziła sprzątaczka, bo pościel rozrzucona była w nieładzie. „Tego by brakowało, żeby teraz przyszła” pomyślał i postanowił jak najszybciej skończyć robotę, nie było czasu na zawieszki „nie przeszkadzać” na drzwiach. Podświadomie zanotował w pamięci, że syreny policyjne są coraz lepiej słyszalne, a potem, szybkim ruchem otworzył drzwi łazienki i wpadł do środka.
Schwarz był martwy, a syreny wyły pod samym hotelem i wcale się nie oddalały.
To była pułapka.


Pragnę podziękować Snickowi za kilka nasienonych poprawek - głównie na początku opowiadania (na więcej czasu nie starczyło=) ) to młody, polonistyczny geniusz. Dziękuję również wszystkim, którzy dotrwali do końca pierwszego odcinka;)
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
Ostatnio zmieniony przez Popuś 2008-01-15, 14:38, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Ćwikła 


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 41
Wysłany: 2008-01-15, 17:12

Bardzo dobra praca! :peace:
Nie mogę się doczekać następnych odcinków. :wink:
Życzę, by ręce nie bolały w czasie lub po pisaniu :peace:
Mam nadzieję, że Stephenowi (mój avatar) nic się nie stanie, byłbym smutny :smutny:
_________________
Hier kommt die Sonne!
Ostatnio zmieniony przez Ćwikła 2008-01-15, 17:14, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-15, 17:33

Oczywiście cieszy mnie, że nareszcie ktoś na LA zainteresował się "Organizacją" ;) Mam nadzieję, że jeszcze kilka komentarzy się pojawi, bo (jak już pisałem u konkurencji) na swój sposób Wasze komentarze mogą mieć wpływ na to jak historia będzie się rozwijać (oczywiście nie na zasadzie "Zostaw "Shadowa" przy życiu, bo jest fajny" lub "Barry powinien zginąć, bo mnie denerwuje").
Jeśli pojawiać się będą komentarze, że brakuje Wam jakiegoś najemnika, że któryś zachowuje się nie do końca tak jak powinien (trudno odtworzyć ich charakter z gry), że za mało opisów, za dużo Niemców :P to będę starał się trochę modyfikować opowieść. Oczywiście nie będzie tego widać już w następnym odcinku (generalnie staram się mieć 4-5 do przodu napisanych)...
Tak więc zachęcam do komentowania i krytykowania(!) - krytyka czyni nas doskonalszymi ;)
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
 
 
jobi 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 16 Maj 2007
Posty: 137
Wysłany: 2008-01-15, 23:33

Niezłe, podoba mi się (:
Jak często planujesz kolejne odcinki?

W kwestii realizmu: raczej się nie nosi pod marynarką broni z tłumikiem, bo ciężko ją wyjąć [no co? chciałeś krytyki (: ]

Czekam na dalszy ciąg.

MJ }:->
[Porcupine Tree - Hatesong]

P.S. Byłbym zapomniał: Zostaw "Shadowa" przy życiu, bo jest fajny d:
_________________
..the one who sits and stares..
Cytat:
the cost of innocence is the loss of innocence
some may pass away, but some die screaming...
 
 
emanuel 


Dołączył: 29 Kwi 2007
Posty: 23
Wysłany: 2008-01-16, 12:46

jedno wiem na pewno. Sceny łóżkowe z Foxy muszą być opisane z detalami hyhy
_________________
z PIT-11 się nie dyskutuje
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-16, 15:24

Cytat:
Jak często planujesz kolejne odcinki?

Jak już pisałem na JAC, mam trzy pomysły:
a)co wtorek
b)we wtorki i soboty
c)co wtorek, a czasem "podwójne" odcinki we wtorek i środę
Cytat:
W kwestii realizmu: raczej się nie nosi pod marynarką broni z tłumikiem, bo ciężko ją wyjąć [no co? chciałeś krytyki (: ]

Hehe... o tym nie pomyślałem... ale gdzieś musiał ją schować, oporu się nie spodziewał, więc wyciąganie nie musiało być wygodne ;) Dzięki za uwagę, następnym razem będę bardziej uważał na takie rzeczy ;)
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-19, 10:35

Wersja czytelniejsza niż ta w formie postu

6 sierpnia 2001
Monrowia, Liberia


Franz Steinbrück miał zabić ludzi chcących zapobiec zamachowi na życie obecnego prezydenta Liberii Charlesa Ghankay Taylora. Paradoks polegał na tym, że on wcale nie należał do wywrotowców chcących obalić władzę. Nawet nie interesowało go po co najemnicy przybyli do tego kraju, on po prostu miał zlikwidować pięciu ludzi, którzy zostali tu wysłani za pośrednictwem A.I.M. Jeśli przy okazji będzie musiał zneutralizować tych dwóch rządowych agentów kręcących się wokół nie będzie to poważna przeszkoda na drodze do, całkiem sporej, sumy zaoferowanej przez pewnego biznesmana z Europy Zachodniej.
Choć lubił pracować w pojedynkę tym razem zdecydował się na towarzystwo Amerykanina Toma Cooka, byłego żołnierza piechoty morskiej zwolnionego ze służby za całkowity brak dyscypliny wobec dowódcy. Na marginesie, tego dowódcę znaleziono dwa miesiące później martwego na własnym tarasie. Podejrzanego Toma Cooka w Stanach Zjednoczonych jednak już nie było.
Znajdowali się na przedmieściach stolicy Liberii i od kilku godzin obserwowali dom, w którym, na czas operacji, zamieszkali najemnicy. Siedzieli na przemian przy oknie budynku naprzeciw i czekali na powrót tamtych. Franza denerwował fakt, że jeszcze nie ma ich z powrotem, a jeszcze bardziej irytowało go, iż nie mieli pojęcia gdzie oni są. A wszystko przez tego durnego Amerykanina, który zasnął, gdy najemnicy opuszczali dom. Steinbrück miał nadzieję, że żołnierze mają zamiar wrócić, bo tłumaczenie szefowi, iż plan nie wypalił nie należało do jego planów na najbliższy czas.
-Cholera, jak mogłeś być tak głupi, żeby zasnąć. – wypowiedział to zdanie dzisiaj chyba po raz setny – Durniu, gdybyś widział jak odjeżdżają moglibyśmy ich śledzić, wiedzieć dokąd i po co wyjechali, a teraz nie wiemy nawet czy wrócą!
-Już się tak nie denerwuj Franz, - starał się udobruchać swojego kompana – jestem pewny, że tu wrócą. Dlaczego mieliby nie wracać jeśli nie zorientowali się, że są obserwowani? A jak już tu będą to, tak jak mówiłeś, dzisiaj się ich pozbędziemy i wracasz do Europy, a ja do tych pieprzonych Stanów.
-Lepiej, żebyś miał rację, bo jak będę musiał za nimi biegać po tym cholernym, zacofanym kraju to zadbam o to, żebyś więcej tego świata nie oglądał. – Tom spojrzał na niego zdziwionym wzrokiem – Ja nie żartuje, wiesz o tym…

9 sierpnia 2001
Londyn, Wielka Brytania


-Cholera jasna. – Stephen zaklął, kiedy zdał sobie sprawę, że wpadł w zastawioną pułapkę, Schwarz leżał pod prysznicem z wielką dziurą z tyłu głowy, a pod hotelem wyły syreny policyjne – Zdaje się, że to ty załatwiłeś mnie – powiedział w stronę martwego mężczyzny.
Wiedział, że musi działać szybko. Wybiegł z łazienki i dopadł do drzwi pokoju. Najpierw uchylił je – „działać szybko” nie znaczy nieostrożnie – i wyjrzał na korytarz. Kiedy uznał, że nic mu nie zagraża wyszedł. Zamykał właśnie drzwi, kiedy usłyszał tupot nóg na schodach i ponaglające głosy kilku osób. Zniknął za załomem korytarza dokładnie w momencie, gdy policjanci dotarli na to piętro. Zdawał sobie sprawę, że czasu nie ma za wiele, a te kilka sekund zanim funkcjonariusze go znajdą musi jak najlepiej wykorzystać. Pierwszą rzeczą, jaka wpadła mu do głowy było to, że trzeba się gdzieś schować, bo na tym korytarzu nie ma zbyt wiele szans. Chwycił gałkę najbliższych drzwi i ją przekręcił. Dosłownie sekundę po tym, jak przekroczył próg usłyszał krótki, ale przeraźliwy krzyk kobiety.
Przy oknie stała młoda dziewczyna wpatrując się z niedowierzaniem w pistolet w ręce Stephena. Rothman wiedział, że wybór tych drzwi był błędem. Szybko wycofał się na korytarz, lecz w tym samym momencie zza rogu wybiegł funkcjonariusz policyjny.

Berlin, Republika Federalna Niemiec

Thor Kaufman wycelował niemiecki pistolet samopowtarzalny USP w Rudolfa Steigera, gdy ten tylko otworzył drzwi pokoju.
-kur**, weź opuść tą pukawkę! – warknął tamten gniewnie – Poza tym powinieneś zamknąć drzwi, a nie celować do każdej sprzątaczki, która tu wejdzie.
Thor posłusznie odłożył broń i, obserwując jak jego kolega zamyka drzwi na klucz, wyciągnął z szuflady paczkę papierosów marki Lucky Strike i rzucił mu je.
-Zapal sobie to się odstresujesz. – powiedział leniwie – Choć osobiście uważam, że palenie zabije cię dużo szybciej niż kula nieprzyjaciela.
Rudolf Steiger był wysokim Niemcem o sylwetce sportowca, którą zawdzięczał codziennym biegom, częstemu pływaniu i wizytom w siłowni. Choć o swoją kondycję dbał z zapałem godnym fanatyka palił średnio półtorej paczki dziennie, mówiąc przy tym, że tylko po to tyle biega, aby mógł wydawać swoje niemałe wynagrodzenie na papierosy. Ten były członek Grenzschutzgruppe 9, niemieckiego oddziału antyterrorystycznego utworzonego po zamachu na olimpiadzie w Monachium, z kilku lat służby w tej formacji wyniósł olbrzymie doświadczenie. Należał do najlepszych strzelców w szeregach Organizacji – nawet żartowano, że z odległości trzech kilometrów potrafi wytrącić orzeszek z łap wiewiórki. W Berlinie, razem z Thorem Kaufmanem, na zlecenie pewnej grupy handlarzy bronią, miał zlikwidować... inną grupę niemieckich handlarzy bronią. Trochę śmieszyło go, że tacy ludzie potrzebują pomocy zawodowców, ale nie narzekał. Razem z Thorem wystawił odpowiednio wysoki rachunek.
-Ciebie natomiast prędzej od fajek wykończy jakiś snajper. – Steiger nie podważał umiejętności kolegi, po prostu Thor nigdy nie miał papierosa w ustach, więc palenie nie mogło go zabić – kur**, jaki upał w tym zasranym Berlinie. – nagle zmienił temat
-Przecież hotel jest klimatyzowany, nie rozumiem o co ci chodzi. – odpowiedział ze złośliwym uśmiechem na twarzy
-Cholera, łatwo ci mówić, bo siedzisz tu cały czas i rozpłaszczasz dupę na tym wygodnym łóżku. – zaciągnął się, wydmuchnął dym nosem i mówił dalej celując dłonią, trzymającą papierosa, w kolegę – W czasie, kiedy ty ledwo zjadłeś śniadanie zdążyłem już kupić bilety na nocny pociąg do Hamburga. Odchodzi z Ostbahnhof więc nie będziemy mieli daleko. Wsiadamy do niego oczywiście pod warunkiem, że wyrobimy się do tego czasu z naszym zadaniem. W razie jeśliby się nie udało będziemy mogli pojechać porannym. – rzucił Thorowi dwa bilety kolejowe – Masz, na wypadek, gdybyśmy opuszczali Berlin osobno. W razie spóźnienia na pociąg do Hamburga i jednoczesnej konieczności szybkiej ucieczki z miasta w grę wchodzi jeszcze wycieczka do Frankfurtu nad Odrą. Problem w tym, że odjeżdża tylko pół godziny po tym do Hamburga.
-Jak zwykle wszystko przygotowane. – podsumował Thor – Nie wydaje mi się, żeby miały być jakieś problemy, poza tym naprawdę nie rozumiem dlaczego nie chcesz stąd wyjechać samochodami. – widząc, że Steiger nie ma zamiaru podjąć tematu, kontynuował swoją wypowiedź – Niemniej opuszczenie tego okropnego miasta, nieważne jak i czym, będzie prawdziwą przyjemnością. Nie znoszę Berlina.
-Nie ty jeden, chłopie. – Rudolf stanął przy oknie spojrzał na płynącą rzekę Spree, Szprawę – Dobra, jeszcze raz powtórzmy nasz plan...


Londyn, Wielka Brytania

Na szczęście nie były to oddziały specjalne.
Bez zastanowienia, w pełni ufając swoim odruchom, Stephen podniósł prawą rękę jednocześnie ściągając spust w momencie, gdy serce przeciwnika znalazło się na linii strzału. Z lufy broni wydobyło się dwukrotnie ciche „paf” i młody policjant został odrzucony na ścianę za nim. Zabójca wiedział, że teraz nie uniknie walki, ale ma jeszcze szansę uniknąć złapania. Trzymając rękę wciąż wyciągniętą przed siebie, zrobił zaledwie krok do przodu, gdy wyrósł przed nim kolejny policjant, który tym razem był już lepiej przygotowany od martwego kolegi i trzymał broń gotową do strzału. Zanim jednak zdążył się choć przyjrzeć Rothmanowi ten już złapał go za gardło i uderzył z całej siły kolbą pistoletu w głowę. Używając nieprzytomnego policjanta jako tarczy wyłonił się zza rogu i zobaczył następnych dwóch przeciwników celujących do niego z broni krótkiej.
-On ciągle żyje! – ostrzegł Stephen, co wywołało chwilę wahania u stróżów prawa i powstrzymało ich przed otwarciem ognia. Ta, trwająca ułamek sekundy, chwila wystarczyła najemnikowi, aby wycelować w tego znajdującego się bliżej i trafić go w prawy bok. Zanim upadł kula rozerwała następnemu policjantowi gardło. Stephen, nie chcąc aby go rozpoznano, dobił trzymającego się za żebra mężczyznę. Uznał, że ten, którego użył jako tarczy nie zdążył się mu przyjrzeć i zapamiętać, więc zostawił go przy życiu. Teraz musiał pozbyć się broni i wrócić do swojego pokoju zanim pojawi się więcej przedstawicieli prawa, którzy na pewno zadecydują przesłuchać wszystkich gości hotelowych.
Podbiegł do schodów i spojrzał w dół czy nie nadbiegają kolejni policjanci, a potem co sił w nogach ruszył do góry. Przeskakując po dwa stopnie na raz schował pistolet do kabury, zapiął marynarkę i ściągnął skórzane rękawiczki, które dwa piętra wyżej włożył pod pachę. Wyglądało to dziwnie, ale na pewno lepiej niż gdyby miał je wciąż na rękach. Odgarnął włosy, wziął głęboki oddech i zapukał do pierwszego pokoju, który mijał.
-Proszę! – odezwał się męski głos ze środka
-Cholera, zajęty – mruknął pod nosem i otworzył drzwi – Oh, bardzo przepraszam pana! – zaczął na wstępie, gdy zobaczył niewysokiego człowieczka w okularach – Myślałem, że tu mieszka mój przyjaciel, musiałem się pomylić.
-Nic się nie stało. – odrzekł tamten z uśmiechem na ustach – Musiał pan też pomylić piętra, – dodał po chwili – jeśli się nie mylę jest to chyba jedyne piętro z jednym lokatorem, na wszystkich innych prawie wszystkie pokoje są zajęte.
-Rozumiem. – odpowiedział Stephen – Do widzenia i jeszcze raz przepraszam.
Zamknął za sobą drzwi, rzucił okiem w stronę schodów i zapukał do następnych drzwi modląc się, aby tym razem nikogo za nimi nie było. Na szczęście nie usłyszał zgody na wejście, więc wyciągnął z kieszeni wytrych i błyskawicznie otworzył zamek. Szybkim krokiem wszedł do pokoju, zdjął marynarkę, a następnie odpiął spod pachy kaburę i wrzucił w łazience do kosza na śmieci. Innego pomysłu na razie miał.
Zbiegając po schodach na swoje piętro słyszał, że niżej jakiś mężczyzna próbuje uspokoić rozhisteryzowaną kobietę, ktoś inny wydawał komendy.
-Nie mógł zejść na dół po schodach, bo byśmy go widzieli, nie zjechał też windą. Wszystkie wyjścia są obstawione przez naszych ludzi, on musi być w tym budynku. Najprawdopodobniej ucieka w górę. James, weź dwóch ludzi i spraw piętra powyżej, tylko ostrożnie! Zabił już trzech policjantów.
Stephen nie słuchał dłużej, ale wszedł do swojego pokoju, włączył radio, szybko się rozebrał, rzeczy schował do szafy i poszedł wziąć prysznic. Kiedy do łazienki wszedł policjant zaprzeczył jakoby miał coś widzieć lub słyszeć, bo przecież akurat się kąpał...
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
Ostatnio zmieniony przez Popuś 2008-01-19, 10:36, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-22, 12:29

Wersja czytelniejsza niż ta w formie postu

9 sierpnia 2001
Wyspa Gary’ego, Filipiny


-Earl, - Hans Yorgan, kierownik działu kadr Organizacji rozmawiał przez linię wewnętrzną Wyspy Gary’ego z Walkerem – zaraz do ciebie przyjdę. Właśnie przeczytałem maila z Liberii. Proszą, abyśmy zorganizowali grupę sześciu ludzi, którzy polecą do Afryki i będą próbowali rozgryźć kto stoi za planowanym zamachem na Taylora. Cholera, ostatnio zadania dla naszych ludzi coraz bardziej przypominają zadania dla wywiadu, a nie żołnierzy... – chwilę milczał słuchając co jego szef ma do powiedzenia – My mamy przedstawić naszą propozycję składu oddziału i koszta, a oni albo to zatwierdzą, albo stracą prezydenta. – znów chwila milczenia – Tak, dobrze. Już do ciebie idę, do zobaczenia za dwie minuty.

Londyn, Wielka Brytania

Stephen Rothman stał w kabinie prysznicowej i próbował owinąć się ręcznikiem. Jednocześnie głośno wyrażał swoje, udawane, oburzenie wywołane nagłym najściem policjanta, który zażenowany sytuacją stał w drzwiach łazienki nie wiedząc właściwie co ma z sobą zrobić.
-Może by pan łaskawie wyszedł z mojego pokoju? – Stephen warknął na niego – Potrzebne mi dwie minuty, żebym mógł się wytrzeć i ubrać, a potem będziemy rozmawiać... Właściwie to mógłby mi pan, chociaż pobieżnie, wyjaśnić co, do ciężkiej cholery tu robi?
-Widzi pan, piętro niżej leży czterech martwych ludzi, w tym trzech policjantów i musimy przesłuchać wszystkich gości hotelowych. – tłumaczył próbując nie patrzeć w oczy wściekłego Rothmana
-Jak to leży tam czterech martwych ludzi!? – wykrzyknął – Chce mi pan powiedzieć, że zabito kogoś w Hiltonie? – położył akcent na ostatnie słowo chcąc wyrazić w ten sposób powszechne zdanie, że w tak drogich hotelach nie dochodzi do morderstw – Mam nadzieję, że tego, co to zrobił również zabito lub przynajmniej pojmano.
-Właśnie dlatego musimy przesłuchać wszystkich gości... bo widzi pan, jeszcze nie znaleźliśmy sprawcy i...
-Co, do cholery? Twierdzi pan, że grasuje tu uzbrojony człowiek?
-Zapewniam pana, że...
-Zamiast mnie o czymkolwiek zapewniać niech pan wreszcie stąd wyjdzie i może poszuka tego człowieka. – powiedział, po czym dodał – Jak dobrze, że dzisiaj stąd wyjeżdżam! Dom wariatów!

Wyspa Gary’ego, Filipiny

Earl i Hans siedzieli przy dużym stole w jednej z sal konferencyjnych, które służyły głównie jako sale odprawowe dla najemników wysyłanych na misje zespołowe, z reguły do krajów trzeciego świata. Pomieszczenie przesycone było dymem z papierosów wypalanych przez obu mężczyzn w olbrzymich ilościach. Starali się dobrać zespół ludzi, którzy poradzą sobie z zadaniem wymagającym nie tylko umiejętności prowadzenia walki, ale i pewnych zdolności wywiadowczych. Krótko mówiąc potrzebowali Jamesa Bonda w ciele Rambo...
Niektórych najemników odrzucili od razu, nad teczkami innych spędzili trochę więcej czasu. Najdłużej zastanawiali się nad włączeniem do grupy Kyle’a Simmonsa, znanego też jako „Shadow”. Człowiek ten, oprócz tego, że świetnie strzelał, był prawdziwym mistrzem w maskowaniu się na polu bitwy. Przeciwnik nigdy nie mógł być pewien czy mijany krzak jeżyny lub wrzos nie jest, czekającym na odpowiednią okazję do ataku, najemnikiem. W końcu jednak wspólnie doszli do wniosku, iż nie nadaje się do tego typu operacji.
Mężczyźni żałowali, że żywa legenda Organizacji, Gus Turballs jakiś czas temu odszedł z jej szeregów. Tak „po prostu”, z dnia na dzień, bez podania przyczyny. Jak sam mówił jego decyzja jest „nieodwołalna i ostateczna”... a szkoda, bo w czasie tej misji jego otwarty, doświadczony umysł mógł okazać się niezbędny.
Hans oparł się wygodnie w fotelu i zapalił kolejnego papierosa. Przyglądał się Earlowi zajętemu przeglądaniem ostatecznej propozycji składu oddziału lecącego do Liberii. Walker był dobrze zbudowanym, wysokim mężczyzną o ciemnej karnacji skóry. Ciemnobrązowe włosy miał krótko ostrzyżone, zawsze był gładko ogolony. Zmarszczki wokół ust sprawiały, że jego twarz czasem nabierała naburmuszonego wyrazu, innym zaś razem sprawiała wrażenie groźnej. W rzeczywistości jednak, kiedy tylko Earl spotykał swych przyjaciół w, na co dzień chłodnych, oczach pojawiały się iskierki sympatii, wręcz łagodności. Niestety – to oblicze pokazywał niezwykle rzadko. Teraz, kiedy czytał akta personalne swoich przyjaciół, zastanawiał się czy wybrał odpowiednich ludzi.
Frank „Hitman” Hennessy. Jeden z najbardziej zasłużonych członków Organizacji. Brał udział w operacjach na Metavirze, w Arulco i Traconie. Wszędzie sprawdził się w wyciąganiu informacji od miejscowych, którzy darzyli go zaufaniem. Frank był dobrym strzelcem, świetnie radził sobie z bronią krótką, karabinów używał tylko, gdy wymagała tego sytuacja. Został włączony do oddziału jako dowódca, to on był odpowiedzialny za resztę ludzi, on miał decydować o poszczególnych krokach podejmowanych przez grupę.
Keith „Blood” Hanson. W Organizacji nie było chyba nikogo, kto mógłby pokonać go w rzucaniu nożem do celu. Dla tego czarnoskórego mężczyzny nie ważne było czy to środek wojny w dżungli czy walka wręcz w barze – z każdej potyczki to on wychodził zwycięsko. Jego niesamowita znajomość wschodnich sztuk walk mogła okazać się niezwykle ważna, zwłaszcza, kiedy warunki nie pozwolą na użycie broni palnej. Wybrany został również ze względu na swój kolor skóry – w Liberii mógł, łatwiej niż jego biali koledzy, wtopić się w tłum.
Charlene „Raven” oraz Ron „Raider” Higgens. Małżeństwo, które niegdyś służyło w oddziałach SWAT LAPD. Niestety, kiedy pobrali się musieli odejść z policji. Ona, jeden z najlepszych snajperów w A.I.M., on doskonały dowódca. Razem stanowili zabójczy duet, czego dowiedli w czasie wspólnej misji w Kolumbii. Earl i Hans byli przekonani, że doświadczenie zdobyte w czasie służby w LAPD zaowocuje w Liberii.
Ice Williams. Człowiek z lodu. Lubiany praktycznie przez wszystkich członków Organizacji, posiadał olbrzymie poczucie humoru, budził w każdym zaufanie. Był dobrym żołnierzem, świetnie radził sobie z bronią automatyczną, jednak na dobrą sprawę nie wyróżniał się niczym szczególnym. Do zespołu włączony został po długiej dyskusji, w którym decydującym argumentem okazała się przyjaźń między nim i Earlem. Po prostu dano mu szansę wykazania się.
Brian Folsom. Nowy nabytek Organizacji. Choć ze strzelaniem u niego nadal było kiepsko, to młody Amerykanin należał do najlepszych lekarzy, jakich ten kraj wykształcił. Poza tym całkiem dobrze radził sobie z materiałami wybuchowymi. Co prawda apteczka i bomby było dość nietypowym połączeniem, ale uważano, że gdy tylko zdobędzie trochę doświadczenia może stać się jednym z najbardziej wszechstronnych najemników.
Earl odłożył ostatnią teczkę na stół, zgasił papierosa i spojrzał na swojego współpracownika.
-Dowiedz się czy ci ludzie są zainteresowani. – mówił krótko i rzeczowo – Tylko szybko, bo musimy mieć jeszcze czas na ewentualne zmiany, gdyby ktoś z nich odmówił. Jeśli wszyscy wyrażą zgodę wyślij naszą propozycję składu grupy do Liberii.
Hans tylko kiwnął głową, zabrał teczki i wyszedł z pokoju rzucając jeszcze na odchodnym krótkie „na razie”. Wiedział, że trzeba się spieszyć, inaczej ich zleceniodawca może zostać zabity zanim najemnicy w ogóle wylądują w Afryce.

Noc z 6 na 7 sierpnia 2001
Monrowia, Liberia

Franz zostawił Amerykanina przy frontowych drzwiach, a sam poszedł na tył budynku sprawdzić czy nie ma i tam jakiegoś wejścia. Moment kiedy zobaczył starą furgonetkę podjeżdżającą przed dom zajmowany przez najemników był dla niego najszczęśliwszą chwilą dnia. Nie miał zamiaru dłużej czekać z wykonaniem wyroku na tych ludziach. Mieli zginąć i basta. Poza tym rozwiązując problem już tej nocy nie pozwoli Tomowi na kolejną wpadkę.
Z tyłu domu, tak jak przewidział, znajdowało się wejście prowadzące bezpośrednio z dworu do kuchni. Franz ostrożnie zajrzał przez szybę w drzwiach. W środku panowały ciemności, więc nie mógł ustalić czy nie natknie się tam na jakąś niemiłą niespodziankę, na przykład w postaci najemnika siedzącego po ciemku na straży. Spojrzał na zamek i stwierdził, że sforsowanie go nie powinno zająć mu dłużej niż minutę, więc wyciągnął wytrych z kieszeni czarnej, lekkiej kurtki. Doskonale wiedział, że przeciętny złodziejaszek włamałby się w ciągu paru sekund, ale jemu użycie wytrychów zawsze sprawiało trudności. Chyba nigdy nie opanuje tej umiejętności w stopniu zadowalającym.
-Franz, moje drzwi otwarte. – usłyszał w słuchawce – Jak tobie idzie? Możemy wchodzić do środka?
-Czekaj, męczę się z zamkiem. – szepnął do mikrofonu, a chwilę potem poczuł, że wreszcie udało mu się otworzyć te cholerne drzwi – Dobra, mam. Wchodzimy.
Otworzył drzwi i wyciągnął przed siebie pistolet desert eagle omiatając jednocześnie wzrokiem całą kuchnię. Trzymając oburącz broń zrobił krok w wąskim przejściu między stołem i piecykiem.
-Kuchnia czysta. – powiedział krótko
-W salonie spał strażnik. – meldował Amerykanin – Teraz też śpi, ale dodatkowo uśmiecha się od ucha do ucha...
Franz wyszedł z kuchni na korytarz. Przed sobą, po prawej miał wejście do salonu, gdzie znajdował się Tom, a po lewej dwoje drzwi do pokoi sypialnych. Na końcu korytarza była łazienka. Uznał, że tam nikogo nie ma – inaczej paliłoby się światło.
-Rusz tu dupę. – warknął do Toma, który chwilę później pojawił się na korytarzu. Swój nóż schował już do pochwy na nodze, a w rękach trzymał niemiecki pistolet maszynowy MP5A3 ze złożoną kolbą. – Ty bierzesz jeden pokój, a ja drugi. – krótko rzucił Franz
Niemiec kątem oka zobaczył jak Tom otwiera drzwi i wpada do środka pokoju, więc nie zwlekając przerzucił swój pistolet do jednej ręki, a drugą chwycił klamkę. W jednym momencie stały się dwie rzeczy – Cook w sypialni obok rozpoczął strzelać serią do śpiących najemników, a drzwi do „sypialni Franza” otworzył ktoś od wewnątrz. Nim Steinbrück zdążył zareagować czyjaś pięść wyrżnęła go w podbródek, a siła uderzenia odrzuciła na ścianę. Nie możliwym jest, aby ten człowiek wiedział, że w domu są intruzi lub też miał czas na podjęcie działania od czasu, gdy Tom otworzył ogień za ścianą. Po prostu szedł do łazienki akurat w momencie, kiedy Niemiec chciał wejść do pokoju.
Ogłuszony potężnym ciosem Franz odruchowo wyciągnął prawą rękę przed siebie i szybko, trzykrotnie ściągnął spust. Trzy pocisku kalibru .357 magnum z ogromnym impetem trafiły przeciwnika w klatkę piersiową odrzucając go na drugi koniec pokoju. Pozostali, żywi najemnicy zdążyli się obudzić. Jeden z nich chwycił pistolet, który trzymał pod poduszką, ale w pełni przytomny już Steinbrück zdołał w porę wycelować swoją broń i dwie kule trafiły mężczyznę w brzuch i serce. Ostatni, widząc co dzieje się wokół niego, podniósł ręce w geście kapitulacji, ale nim zdążył poprosić o litość do sypialni wpadł Tom i posłał w jego kierunku krótką serię opróżniając do reszty swój magazynek. Franz wstał podpierając się o ścianę i masując obolały podbródek spojrzał na Cooka.
-Zwijamy się stąd. – warknął wściekły, że został zaskoczony akurat na oczach tego durnego Amerykanina – Co prawda to taka okolica, gdzie strzały słyszy się co noc, więc wątpię, żeby ktoś się tym zainteresował, ale muszę się teraz jak najszybciej dostać do Europy, a Ty do Stanów.

9 sierpnia 2001
Berlin, Republika Federalna Niemiec


Franz Steinbrück obserwował jak średniego wzrostu mężczyzna o ciemnych włosach i brodzie, głęboko osadzonych brązowych oczach oraz dużym nosie oddaje w recepcji klucz do swojego pokoju. Niemiec miał przy sobie jego zdjęcie, ale nie musiał na nie spoglądać, aby od razu i bezbłędnie rozpoznać co to za człowiek.
To był Thor Kaufman.
Minutę później przy ladzie zatrzymał się kolejny mężczyzna i również oddał klucze. Chwilę pogawędził z recepcjonistą, ponarzekał na upał, życzył mu miłego dnia i, podobnie jak Kaufman, wyszedł z hotelu na ulicę. Jego Franz również od razu rozpoznał.
Rudolf Steiger.
Dzisiejszej nocy obaj zginą w pułapce przygotowanej przez Franza Steinbrücka...
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
 
 
jobi 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 16 Maj 2007
Posty: 137
Wysłany: 2008-01-22, 20:32

Świetne!
Czekam na następne odcinki.

Mam nadzieję, że znajdzie się jakieś zadanie dla Shadowa, skoro do tego go nie zatrudniono, i że nie wybijesz całego AIM (:

MJ }:->
[Mar de Grises - Recklesness]
_________________
..the one who sits and stares..
Cytat:
the cost of innocence is the loss of innocence
some may pass away, but some die screaming...
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-23, 20:05

Cytat:
Mam nadzieję, że znajdzie się jakieś zadanie dla Shadowa, skoro do tego go nie zatrudniono, i że nie wybijesz całego AIM (:

Noo... wiesz, Stephen już przeżył pierwszą próbę pozbycia się go, więc teoretycznie możesz zakładać, że będzie żywy do następnego zamachu :peace:
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
Ostatnio zmieniony przez Popuś 2008-01-23, 20:06, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Ćwikła 


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 41
Wysłany: 2008-01-23, 21:17

Popuś, praca jest na prawdę SUPER!!!!!!!!!!
Tylko jedna sprawa do której się przyczepię :devious:
strzelając z pistoletu, karabinu itd. trafiony nie może zostać odrzucony, ponieważ jest to niespełnienie zasady zachowania pędu (fizyka, brrrr... :-)).
_________________
Hier kommt die Sonne!
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-24, 07:28

Cytat:
Tylko jedna sprawa do której się przyczepię
strzelając z pistoletu, karabinu itd. trafiony nie może zostać odrzucony, ponieważ jest to niespełnienie zasady zachowania pędu

?
Powiedz to mojemu ojcu, który niejednego Araba odrzucil i nie raz odrzucony zostal (na szczęście miał kamizelkę) :P

[ Dodano: 2008-01-24, 15:05 ]
Cytat:
Mój miał służbowy P64 i AK-47 od święta

Cały czas stare dobre KBKAK, a od święta co "upolował" u Arabów, ale używał tylko do ognia osłonowego, wolał swoja broń.
Cytat:
a ile brał za dwa tygodnie to do tej pory nie chce zdradzić

Z moim to tak było, że siedział 3 miesiące i nic nie dostał... Takie czasy wtedy były, a on aby z saperów był. A że wykorzystali jego oddział w ciut inny sposób to inna kwestia... :/

[ Dodano: 2008-01-24, 15:10 ]
Cytat:
Mój miał służbowy P64 i AK-47 od święta

Przez całe trzy miesiące służbowy KBKAKM, a czasem jakiegoś zdobycznego kulomiota, gdy się osłaniali i szkoda mu było amunicji na serię... Bo generalnie to serią nie strzelał, w końcu z jakiegos powodu wołali na niego "Trzecie oko"...
Co do pensji... cóż, to była misja "pokojowa", a że wykorzystali ich w inny sposób nic nie zmieniło w tej kwestii... Kochany Związek Radziecki nie oszczędzał polskich żołnierzy...
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
Ostatnio zmieniony przez Popuś 2008-01-24, 07:29, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Matiasv 


Pomógł: 2 razy
Dołączył: 03 Wrz 2007
Posty: 50
Wysłany: 2008-01-24, 12:20

Cytat:
Powiedz to mojemu ojcu, który niejednego Araba odrzucil i nie raz odrzucony zostal (na szczęście miał kamizelkę) :P


Fiu fiu... :) Teraz to zagiąłeś. Może dobrym pomysłem byłoby stworzyć osobny cykl opowieści na faktach (jeśli te fakty nie są objęte tajemnicą wojskową). A tak na marginesie gdzie na drabince AIM uplasował się twój rodzic? :wink: Mój miał służbowy P64 i AK-47 od święta, a ile brał za dwa tygodnie to do tej pory nie chce zdradzić :confuse:
_________________
The best of holemakers
Klikasz na własną odpowiedzialność
Oh what fun it is to ride and shoot with my AK, hey!
Strzelanie to jedna z niewielu czynności, których wykonanie "po łebkach" jest mile widziane przez dowódców.
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-26, 09:41

Wersja czytelniejsza niż ta w formie postu

9 sierpnia 2001
Londyn, Wielka Brytania


Stephen, trzymając w rękach dwie walizki, czekał na swoim piętrze na windę. Został już pobieżnie przesłuchany przez policję, a ponieważ funkcjonariusz zastał go pod prysznicem dość łatwo uwierzono, że Rothman nic nie wie o uzbrojonym człowieku, który zabił trzech stróżów prawa i jednego z gości hotelowych. Stephen obawiał się, że kobieta, do której pokoju wtargnął z bronią w ręku, może go rozpoznać. Na szczęście jednak nie mieli okazji się spotkać po raz drugi, a podany przez nią rysopis był zbyt chaotyczny, aby policja mogła na jego podstawie go rozpoznać.
Kiedy wchodził do windy przypadkowo uderzył walizką jakiegoś mężczyznę stojącego w środku. Stephenowi dość dziwne wydało się, że człowiek ten cały czas przygląda mu się jakby z niedowierzaniem, ale nie miał zamiaru się nad tym dłużej zastanawiać. Bardziej interesowało go kto sprzątnął Arnolda Schwarza, a później wezwał do hotelu policję. Wiedział, że na świecie ma wielu wrogów, którzy wiele by dali, aby widzieć go spokojnie leżącego w drewnianym pudełku, ale nie uważał, by ktokolwiek z nich organizował coś takiego. Prędzej strzelono by mu w ciemnej uliczce w plecy.
Po wyjściu z windy skierował się prosto do recepcji, po drodze kiwnął głową mijanemu policjantowi, który wcześniej słuchał jego zeznań.
-Dzień dobry, - zwrócił się uprzejmie do recepcjonisty – oddaję klucz do mojego pokoju. Chciałbym powiedzieć, że pobyt tutaj był niezwykle miły, ale niestety wypadki dzisiejszego dnia mi go trochę popsuły.
-Niezwykle mi przykro, - tłumaczył mężczyzna odwieszając klucz – ale takie przypadki dotychczas nie miały miejsca w hotelach naszej sieci. Sam pan rozumie, panie Johnson, że mogło się to wydarzyć równie dobrze w hotelu Plaza.
-Być może. – machnął ręką „pan Johnson” – W każdym bądź razie i tak dzisiaj musiałem wracać do domu, do Stanów... do widzenia – dorzucił i skierował się w stronę wyjścia. Wydawało mu się, że w szklanych drzwiach odbiła się sylwetka człowieka, który dziwnie na niego patrzył w windzie, ale kiedy się odwrócił nie zobaczył go, więc zapominając o tym zdarzeniu wyszedł na Pitt’s Head Mews, gdzie czekała już na niego taksówka.

Klaus Meyer wprost nie wierzył własnym oczom. Stephen Rothman nie dość, że żył, że nie został pojmany przez brytyjską policję to jeszcze cały i zdrów opuszczał hotel narzekając na wydarzenia tego dnia. Niemiec wiedział, że jego zleceniodawca nie będzie zadowolony z takiego rozwoju wypadków i że będzie musiał zaplanować kolejna pułapkę na Rothmana... Zdawał sobie sprawę z tego, że teraz nie uda się wyciągnąć najemnika na następną „podłożoną” misję, więc trzeba będzie uderzyć na niego bezpośrednio... Tyle, że to może kosztować życie wielu ludzi Klausa...

Wsiadłszy do taksówki kazał zawieźć się na Heathrow skąd faktycznie odchodził samolot do Stanów Zjednoczonych, na który naprawdę kupił bilet. Nie zamierzał tylko do tego samolotu wsiadać. Pożegnawszy się z kierowcą skierował się do budynku lotniska. Pokręcił się chwilę po hali, kupił i zjadł hot-doga, a potem wziął swój bagaż i wyszedł na postój taksówek.
-Old Brompton Road – podał numer domu
-Pan ze Stanów, prawda? Zgaduję po akcencie – zapytał kierowca włączając prawy kierunkowskaz
-Tak, urodziłem się tam, ale od jakiegoś czasu mieszkam w Anglii. – odpowiedział patrząc w okno, po czym dodał sugerując, że nie ma ochoty na dalszą rozmowę– Podróże samolotem strasznie mnie męczą, a ta nie należała do tych najprzyjemniejszych...

Helen przywitała go w samym drzwiach od razu rzucając mu się na szyję. Miała jasnobrązowe włosy sięgające jej do ramion, nad którymi lekko kręciły się w górę. Wysoka, szczupła, o niezwykle zgrabnych nogach, wąskiej talii i wcale nie takim dużym biuście od razu wpadła w oko Stephenowi. Poznał ją dwa miesiące temu w nieodległym Science Museum na Harrington Road, kiedy to przyglądała się z zaciekawieniem jakieś maszynie parowej. Rothmana oczywiście o wiele bardziej zainteresowała piękna kobieta, więc postanowił zawiązać znajomość. Jak widać owocną, bo niecałe dwa tygodnie później Helen dostała własny komplet kluczy do jego mieszkania.
Wiedząc, że dziewiątego sierpnia ma wrócić z „trzydniowej podróży służbowej do Stanów” musiała postanowić, że zrobi mu niespodziankę. Swoją drogą Stephen widząc ubraną ją w krótkie dżinsowe spodenki, w niezwykły sposób podkreślające krągłość jej pośladków, i obcisłą czarną bluzeczkę uznał, że ten dzień jeszcze może okazać się całkiem udany...

Wpatrywał się w jej brązowe, wesołe oczy, kiedy ona, opierając się o jego brzuch, dłonią gładziła klatkę piersiową. Podobnie jak Stephen, Helen potrafiła być w łóżku nie do zmordowania, co mu oczywiście odpowiadało, ale dzisiaj, po wydarzeniach z hotelu Hilton i wspaniałym seksie z tą piękną kobietą najzwyczajniej w świecie opadł z sił.
-Z czego się śmiejesz? – zapytał widząc rozbawienie na jej twarzy
-Chyba pierwszy raz udało mi się Cię zmęczyć, mój ty tygrysie.
-Mówiłem ci, że nie lubię latać samolotami, a lot z Miami do Londynu do najkrótszych nie należy. – po chwili dodał – Masz ochotę gdzieś wyskoczyć? Strasznie zgłodniałem, a w lodówce raczej nic nie ma.
-Co ty byś beze mnie zrobił? – usiadła na łóżku – Dzisiaj rano zrobiłam trochę zakupów, ugotuję coś, a ty w tym czasie odpocznij sobie, bo do wieczora musisz zregenerować siły. – uśmiechnęła się dwuznacznie, wstała i zaczęła się ubierać.

Z kuchni wydobywał się niezwykle przyjemny zapach, który wywołał u Stephena nagły przypływ śliny do ust, jednak „pod groźbą kary śmierci” nie wolno mu było zajrzeć do kuchni zobaczyć co też Helen tam pichci. Z braku innego zajęcia postanowił napisać maila do Organizacji z informacją co się stało w hotelu i zapewnieniem, że nic mu nie jest. Uznał też, że jutro, może pojutrze wybierze się gdzieś nad kanał La Manche razem z Helen. Swego czasu już tam był, zatrzymał się wtedy w niedużym, przyjemnym hoteliku jakieś 10 minut drogi samochodem od Dover. Tam odpocznie po akcji-pułapce i zastanowi się co zrobić dalej. Oczywistym było, że ze „zleceniodawcą” nie uda mu się już skontaktować. Sprawdził tylko stan konta i z zadowoleniem stwierdził, że pięćdziesięcioprocentowa zaliczka, jakiej żądał nadal bezpiecznie leży na w jego banku.
Wyciągnął laptopa spod biurka i zabrał się za pisanie maila do Hansa Yorgana.

Wyspa Gary’ego, Filipiny

Dochodziła 23 czasu lokalnego, kiedy to na monitorze Hansa wyświetliło się powiadomienie o nowej wiadomości pocztowej. Yorgan rzucił okiem na nadawcę, a widząc nazwisko Rothmana uznał, że wysłał on informację o szczęśliwym powrocie z akcji. Nie spodziewając się komplikacji u Stephena postanowił, że mail może poczekać aż on sam ułoży wreszcie te teczki najemników na swoich miejscach.


Berlin, Republika Federalna Niemiec

Thor i Rudolf jedli obiad w restauracji dworcowej na Ostbahnhof. Żaden z nich nie zamówił alkoholu, oboje pili zwykłą wodę. Rozmawiali na temat ostatnich wakacji na Wyspie Gary’ego.
-Szkoda, że Stephen w tym roku się nie pojawił. – powiedział Thor
-Tak, może bym go wreszcie ograł w tego pierdolonego pokera. – uśmiechnął się szelmowsko i dodał – Ale zdaje się, że nasz niebieskooki przystojniak wyrwał jakąś Brytyjkę i ciepło mu jest z nią w łóżku.
-Podobno całkiem ładna jest... Słuchaj, a wiesz gdzie on ją poznał?
-Nie, pewnie w jakimś klubie albo innym takim miejscu. W sklepie by raczej panienek nie wyrywał... Może w jednym z tych angielskich pubów.
-No to się zdziwisz, - zaśmiał się Thor – bo poznał ją jakieś dwieście metrów od swojego mieszkanka. Z nudów poszedł do Science Museum i tam ją sobie przyuważył.
-kur**, co on w muzeum robił? – śmiejąc się głośno zapytał retorycznie Rudolf, ale zaraz spoważniał i zmienił temat – Wypożyczyłeś sobie samochód?
-Jasne, to niebieskie BMW, które stoi przed dworcem. A ty co masz na parkingu?
-Srebrny mercedes. Pojedziemy razem, ale na wszelki wypadek lepiej, żeby każdy miał swój samochód.
-Nie przesadzasz z tą ostrożnością? – zapytał Kaufman odkładając sztućce na talerz
-Mam niepokojące przeczucie, że coś pójdzie nie tak jak ma być...

Wyspa Gary’ego, Filipiny

-Cholera jasna! – zaklął Hans, kiedy przeczytał maila
Stephen pisał, że cała akcja to była pułapka, ale na szczęście w porę zdążył wrócić do pokoju. Ponieważ miał dzisiaj się wyprowadzić nikt nie zwrócił uwagi na to, że opuszcza hotel akurat tego dnia. Rothman prosił, aby Organizacja spróbowała dotrzeć do zleceniodawcy, choć wątpił, aby odpowiedział. W ostatnim akapicie napisał, że wyjeżdża do Kent i zatrzyma się na tydzień w The Garden House Hotel, 10 minut drogi samochodem od centrum Dover. Mają mu nie przeszkadzać, bo jedzie tam z Helen, która oczywiście nie wie czym on się zajmuje, poza tym nie chce sobie psuć należnego wypoczynku.

Berlin i Falkenhagen, Republika Federalna Niemiec

Thor trzymał się jakieś sto pięćdziesiąt metrów za mercedesem prowadzonym przez Rudolfa Steigera. Kierowali się nad jezioro Falkenhagen, na zachód od granic Berlina. Wybrali trasę dłuższą o jakieś dziesięć kilometrów, ale za to teraz mogli jechać jedną z otaczających Berlin autostradą zamiast stać w mieście w korkach. Zakładali, że pokonanie około trzydziestu pięciu kilometrów powinno im zająć trochę ponad trzy kwadranse, ale Thor spoglądając na prędkościomierz stwierdził, że jadąc z prędkością dyktowaną przez Rudolfa podróż od hotelu nad jezioro zabierze im niecałe czterdzieści minut. I dobrze, będzie więcej czasu na robotę...
W Falkenhagen zjechali z większych dróg na Kantstrasse, uliczkę wzdłuż której stały okazałe rezydencje z równie okazałymi ogrodami. Po jakimś kilometrze Thor zobaczył, że Rudolf włączył prawy kierunkowskaz i skręca w ulicę Geibelallee, którą przejechali niecałe sto metrów, po czym mercedes zjechał w lewo, w wąską przecinkę nadbrzeżnego lasu. Steiger zaparkował samochód między drzewami, a chwilę później BMW stanęło dwa metry dalej.
-Będziemy musieli kawałek dojść. – powiedział Rudolf wyciągając torbę, w której trzymał swój ekwipunek.

PS. Matiasv - odpowiedź na Twojego posta jest.. w moim poprzednim "dodano..." - coś się pochrzaniło widocznie, nie wiem dlaczego tak.
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
Ostatnio zmieniony przez Popuś 2008-01-26, 09:42, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Matiasv 


Pomógł: 2 razy
Dołączył: 03 Wrz 2007
Posty: 50
Wysłany: 2008-01-28, 06:55

Zauważyłem :) i ten mój post też coś dziwnie wygląda. Wyszedłeś na wróżbitę, który odpowiada na pytania przed ich zadaniem.
_________________
The best of holemakers
Klikasz na własną odpowiedzialność
Oh what fun it is to ride and shoot with my AK, hey!
Strzelanie to jedna z niewielu czynności, których wykonanie "po łebkach" jest mile widziane przez dowódców.
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-01-29, 12:33

Wersja czytelniejsza niż ta w formie postu

Noc z 9 na 10 sierpnia 2001
Falkenhagen, Republika Federalna Niemiec


Noc była gwieździsta, ale bezksiężycowa, gdzieś na horyzoncie pojawiały się pierwsze chmury zwiastujące koniec kilkudniowych upałów. Nad wodą wiał delikatny, przyjemny wiatr. Liście na drzewach trącane jego tchnieniem szumiały cichutko, jakby nieśmiało, nie chcąc zakłócić całkowitej ciszy. Ciszą natomiast nie przejmowały się insekty, które bzycząc wesoło latały między Thorem i Rudolfem nie mogąc się zdecydować czyja krew będzie smaczniejsza.
-kur**... – mruknął Steiger – Trzeba się było jakimś aerozolem wypryskać. Pomyślałem o każdym cholernym szczególe z wyjątkiem pieprzonych komarów. – uderzył się dłonią w kark, na którym kolejny owad zasiadł do kolacji – Cicho tu trochę, co nie?
-Taaa, jeśli oni zaczną strzelać to się narobi hałasu...
Rudolf położył zieloną torbę podróżną na masce mercedesa. Wyciągnął z niej dwa MP5SD5. Była to wyciszona wersja słynnego niemieckiego pistoletu maszynowego kalibru 9mm Parabellum. Podał broń koledze, potem znów sięgnął do torby po dodatkowe magazynki zawierające po 30 naboi. Steiger, w przeciwieństwie do Thora, założył celownik optyczny z czterokrotnym powiększeniem. Na niewielkie odległości może się nie przydać, ale za paskiem miał jeszcze, szwajcarskiej produkcji, pistolet SIG-Sauer z dokręconym tłumikiem. Obaj mężczyźni ubrani byli na czarno, na głowach mieli kominiarki. Początkowo chcieli po prostu wysmarować twarz odpowiednią farbą, ale o ile tego pierwszego można się łatwo pozbyć, o tyle ze zmyciem drugiego może być pewien problem. Rudolf przeszedł na tył samochodu, otworzył bagażnik, do którego wrzucił pustą torbę i wyjął z niego dwie kevlarowe kamizelki kuloodporne, takie jakich używa niemiecka policja. Najemnicy szybko założyli je na siebie i sprawdzili godzinę. Dochodziła północ.

Franz Steinbrück widział z okna drugiego piętra dwa nadjeżdżające samochody. Domyślił się, po tym jak zatrzymały się w leśnej przecince, że najemnicy przybyli wykonać swoje „zadanie”, które w rzeczywistości było pułapką zastawioną przez sprytnego Niemca. Franz słyszał już o niepowodzeniu, jakie spotkało tego idiotę Klausa – wypuścił z rąk Stephena Rothmana. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż ten Szwajcar, udający obecnie Amerykanina, może być jednym z najgroźniejszych przeciwników, ale uważał, że pułapka w Londynie nie mogła się udać. Trzeba było go tam zabić, a nie wzywać gliny.
-Kurt, Otto – powiedział to trzymanej w ręce krótkofalówki – przygotujcie swoich ludzi na powitanie naszych gości. Właśnie nadjechali od Geibelallee, a samochody zatrzymali w tej przecince między drzewami, dokładnie tak jak się spodziewaliśmy. – chwilę słuchał potoku słów wyrzucanych przez Kurta – Nie, nie wiem czy ustawili samochody tak, aby od razu móc wyjechać na drogę, nie widziałem stąd, ale zakładam, że nie zdążą do nich wrócić...

Wysoki, dobrze zbudowany, niebieskooki blondyn o kwadratowej szczęce przypiął krótkofalówkę do paska i podniósł wytłumiany karabin maszynowy leżący na stole.
-Panowie! – Kurt odezwał się do dziewięciu mężczyzn, którzy otoczyli go półkolem – Nasza zwierzyna właśnie przybywa! – roześmiał się – Pokażmy skurwielom, gdzie raki zimują! Nawet jeśli nasz plan przewiduje, że ci najemnicy się zaczną wycofywać to wpadną w ręce Otta to chyba nie pozwolimy, żeby to jego ludziom przypadł wieniec laurowy, prawda? – podniósł karabin i zakrzyknął – Wykończmy zasrańców!

Otto, wraz z piątką swoich ludzi, leżał ukryty w trzcinach przy brzegu jeziora. Widzieli światła nadjeżdżających samochodów, ale niestety nie mogli dojrzeć najemników przez gęstą zasłonę z drzew. Otto nie był zadowolony, że on i jego ludzie służą tylko jako zabezpieczenie na wypadek jakiegoś niepowodzenia ze strony Kurta. Był przekonany, że gdyby to jego oddział czekał w budynku to takie „zabezpieczenia” nie byłyby potrzebne.

Rudolf i Thor ruszyli w stronę budynku, który miał być meliną handlarzy bronią. Duży, dwupiętrowy dom ogrodzony był dwumetrowym, betonowym murem. Steiger przewiesił swoją broń przez ramię i, ostrożnie chwyciwszy brzeg ogrodzenia, podciągnął się do góry. Powoli rozejrzał się wokół i ze zdziwieniem stwierdził, że nie widzi ani jednego strażnika.
-Jak? – szeptem zapytał Thor
-Tak jak w całej okolicy, tak i tu jest kurewsko cicho – odpowiedział mu i opuścił się na ziemię. – Nie widziałem tam żadnego strażnika, a w domu ciemno. Albo są cholernie nieostrożni, albo ich nie ma...

Franz od urodzenia wychodził założenia, że jeśli chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam. Co prawda był prawie pewny, że Kurt sobie poradzi z dwójką najemników, a nawet gdyby tamci próbowali ucieczki to Otto ich zabije w czasie odwrotu, ale i tak wolał się dodatkowo zabezpieczyć. Kiedy tylko nadał komunikat to swoich ludzi wyszedł z wynajmowanego domu na Geibelallee. Przeszedł kilkanaście metrów chodnikiem, po czym wpadł na pewien pomysł. Przeskoczył przez żywopłot sąsiadów i pobiegł na drugi koniec ich posesji, skąd miał dość dobry widok na zaparkowane między drzewami samochody. Właśnie obserwował jak dwóch ludzi zakłada kamizelki kuloodporne, gdy za plecami usłyszał warczenie psa.
Tego nie przewidział.

Londyn, Wielka Brytania

Klaus Meyer ślęczał nad mapą Dover szukając ulicy, na której znajduje się ten cholerny The Garden House Hotel, w którym chciał zatrzymać się Rothman. Na szczęście najemnikowi nawet nie przyszło do głowy, żeby sprawdzić czy jego telefon nie jest na podsłuchu. Co prawda Klaus zawiódł się, iż Stephen nie zadzwonił do centrali Organizacji, ale telefonicznie rezerwował pokój w hoteliku, więc Niemiec przynajmniej wiedział, gdzie Rothman się wybiera.
I z kim.

Falkenhagen, Republika Federalna Niemiec

Powoli zaczął się odwracać, a jednocześnie sięgnął do kabury przy pasie, gdzie trzymał swojego Desert Eagle’a. Żałował, że nie ma przy sobie żadnej cichej broni, bo strzał z tej armaty postawi całą okolicę na nogi i może zniweczyć plan pozbycia się dwóch najemników Organizacji. Zobaczył przed sobą dużego owczarka niemieckiego szczerzącego swoje kły i groźnie warczącego. Wiedział, że uciec nie zdąży, a za wszelką cenę nie chciał narobić hałasu, więc starał się jak najdłużej zwlekać z oddaniem strzału. Nagle jego krótkofalówka ożyła.
-Tu Otto, cele właśnie przeszedł przeszły przez ogrodzenie od strony południowej, zajmujemy stanowiska.
W tym samym momencie pies szczeknął i skoczył w kierunku Niemca. Franz, dosłownie w ostatniej chwili, wpadł na pewien pomysł. Rzucił swój pistolet prosto w otwartą paszczę psa, który błyskawicznie zatrzasnął na nim swoje zęby. Mężczyzna błyskawicznie przetoczył się przez lewe ramię i, nim owczarek wylądował na ziemi i odwrócił się w stronę człowieka, już ściskał w ręce nóż bojowy. Kiedy pies po raz drugi skoczył na swoją ofiarę, Franz szybko rzucił się na plecy wystawiając jednocześnie prawą rękę w górę.

Kiedy w nocnej ciszy rozległo się szczeknięcie psa obaj najemnicy odruchowo odwrócili się w kierunku hałasu.
-kur**, - mruknął Rudolf – już myślałem, że mamy psy na ogonie. Swoja drogą ciekawe co wkurzyło tego, co szczekał.
-Pewnie zobaczył jakiegoś kota. – Thor wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę domu.
Był to duży, piętrowy dom z podpiwniczeniem. Według informacji, jakie dostali od zleceniodawcy skład broni miał znajdować się właśnie w piwnicy, natomiast „sypialnie” handlarzy na górze. Nie wiadomo ilu ich było, ale najemnicy, choć przygotowani na prawie każdą ewentualność, nie spodziewali się zbytnich problemów. W końcu tamci ludzie głównie sprzedają broń, a nie z niej strzelają...
Mężczyźni ostrożnie zbliżali się do okien domu. Choć w środku było ciemno możliwe, że ktoś na parterze trzymał wartę. Na razie wszystko przebiegało jednak pomyślnie. Kiedy podeszli do ściany budynku Rudolf ostrożnie zajrzał przez okno do środka. W mroku nie zobaczył zbyt wiele, ale właściwie był pewien, że nikogo nie ma w dużym salonie na dole. Skinął na Thora, a ten podał mu, niesiony przez siebie łom.
-Tylko zrób to po cichu. – powiedział cicho Thor, który w tym czasie obserwował teren wokół domu.
Rudolf sprawnie otworzył okno łomem, robiąc przy tym jak najmniej hałasu. Chwilę czekali, aby się upewnić, że nikt nie słyszał jak się włamują, po czym kolejno weszli do środka.

W piwnicy Kurt doskonale słyszał jak najemnicy wchodzą do środka. Nie miał jednak zamiaru zareagować – wolał czekać na nich tutaj, na dole, wraz z czterema swoimi ludźmi. Pozostała piątka czatowała na piętrze. Dzięki temu ich przeciwnicy zostaną wzięci w dwa ognie i nie wyjdą z tej operacji żywi...

Franz starał się uspokoić drżące ręce, kiedy podchodził do niebieskiego BMW. Z kieszeni kurtki wyciągnął małe pudełko, wziął głęboki oddech i położył się pod samochodem. Przyświecając sobie małą latarką trzymaną w zębach przymocował bombę do podwozia. Kiedy już był spokojny w stu procentach uzbroił ją. Teraz pozostał mu już tylko mercedes i przy pierwszym wstrząsie umieszczone przez niego ładunki wybuchną. Być może wystarczy tylko moment zapłonu?

Zgodnie z, ustalonym wcześniej planem, Thor i Rudolf postanowili najpierw zabezpieczyć piwnicę. Dzięki temu odetną przeciwników od trzymanej na dole broni. Wątpili, aby wszyscy handlarze spali z pistoletami pod poduszką, więc miało to ułatwić robotę najemnikom.
Pierwszy na schody wszedł Steiger. Broń trzymał gotową do strzału, gdyby tylko zobaczył jakiegoś nieprzyjemnego typa. Kilka stopni za nim szedł Thor. Na dole wszystkie światła były pogaszone, więc pomieszczenie tonęło w mroku, lecz mimo to Steiger bezbłędnie ocenił, że jest ono większe niż na planach. Na pewno sięgało głębiej w ziemię, gdyż sufit znajdował się wysoko nad podłogą. Jakieś trzy metry przed nim stały drewniane skrzynie, zapewne znajdowała się w nich broń. Schylony podbiegł do pierwszej z nich, kątem oka dostrzegł, że Thor chowa się za drugą, kiedy rozbłysły mocne światła, a powietrze zaroiło się od kul wystrzeliwanych z wyciszonej broni maszynowej.
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
 
 
Ćwikła 


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 41
Wysłany: 2008-02-04, 14:03

Czemu nie było "Organizacji" w sobotę?
_________________
Hier kommt die Sonne!
 
 
Popuś 


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 05 Lis 2005
Posty: 428
Wysłany: 2008-02-04, 17:14

Jutro też nie będzie :/ Już spieszę z wyjaśnieniami - piąty odcinek pokazał się dlatego, że już wcześniej miałem go na dysku. Niestety mój sprzęt ostatnio totalnie nawala (na płycie głównej kolejno kondenstatory idą), co powoduje wysypy windy i innego softa. Pomijając częste restarty co chwila wyrzuca mnie z worda (nie, reinstalka office'a nie pomogła). Muszę poczekać jeszcze trochę na nowy sprzęt i wtedy będę mógł wrócić do pisania...
Przepraszam za zwłokę, ale niestety nic nie poradzę, to że przeglądarka jeszcze czasem sie jednak uruchomi zaczyna zakrawać powoli na cud...
_________________
Gość, zapraszam Cię na:
www.mglawicamocy.pl
Forum Storytellingowe osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen
 
 
Ćwikła 


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 41
Wysłany: 2008-02-04, 20:20

Szkoda, że trzeba będzie czekać :smutny:
Życzę powodzenia w zdobywaniu nowego sprzętu :peace:
_________________
Hier kommt die Sonne!
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
anime, opowiadania
Przybornik użytkownika:
Pozostałe działy serwisu: